Z okazji Igrzysk Olimpijskich w Mediolanie i Cortina d'Ampezzo mamy nie lada niespodziankę!


Pewnie domyślacie się, że pierwszym olimpijczykiem z jastrzębskiego klubu musiał być bokser GKS-u Jastrzębie. To prawda! W 1980 roku na letnie IO do Moskwy pojechali Zygmunt Gosiewski Henryk Średnicki. Jako pierwszy w ringu pojawił się pierwszy z wymienionych.

„Gośka” na Igrzyskach, czyli rozmawiamy z pierwszym jastrzębskich olimpijczykiem!
 

Już 6 lutego w Mediolanie, na słynnym San Siro, zapłonie olimpijski znicz. I choć rozpoczynają się igrzyska zimowe, a jastrzębskich akcentów więcej można znaleźć w historii letniej rywalizacji olimpijczyków, to nic nie stoi na przeszkodzie, by przypomnieć wspaniałego sportowca, pięściarza, który jako pierwszy w historii reprezentował jakikolwiek jastrzębski klub na największej sportowej imprezie w dziejach świata.

 

Zygmunt Gosiewski, bo o nim mowa, wraz z klubowym kolegą, Henrykiem Średnickim, został w 1980 roku pierwszym w historii reprezentantem bokserskiego GKS-u, który wystąpił na igrzyskach olimpijskich. „Gośka”, jak pieszczotliwie nazywali go kibice, do ringu w hali kompleksu przy Prospekcie Olimpijskim w Moskwie, wszedł 23 lipca, kilka dni wcześniej od Średnickiego, co czyni go absolutnym jastrzębskim pionierem. Rywalizację w turnieju kategorii lekkośredniej rozpoczynał bowiem od 1/16 finału. Średnicki do walki wkroczył od kolejnej fazy rywalizacji.


Jak to się stało, że znalazł się Pan w kadrze olimpijskiej i wystąpił na igrzyskach w Moskwie w 1980 roku?
- W mojej kategorii wagowej był nie lada kłopot. Mimo iż wygrywałem systematycznie sparingi z Jurkiem Rybickim, to on był przecież mistrzem olimpijskim z Montrealu. Rywalizacja była ostra i twarda do samego końca, do ostatniego sparingu, nie było układów i układzików. Może nie wszyscy o tym wiedzę, że Jurek ostatecznie w Moskwie wystąpił w wadze średniej i zdobył brązowy medal, ale o wyjazd na igrzyska rywalizował ze mną w wasze lekkośredniej. Wiadomo, jak to było. Jurek był zawodnikiem Gwardii Warszawa, która miała większe poparcie niż Jastrzębie. Ponadto jego trener klubowy, Michał Szczepan, był drugim trenerem kadry. Musiałem tę ostatnią walkę z nim wygrać zdecydowanie i tak się stało. Jurek oczywiście był świetnym zawodnikiem, ale mnie jego styl mańkuta odpowiadał. Ten wyraźnie wygrany przeze mnie sparing zdecydował, że Jurka w kadrze na IO w Moskwie nie było! W wadze średniej bowiem rywalizację wygrał Marek Ejsmont. Ale po ogłoszeniu składu olimpijskiego, bez Rybickiego, powstało niemałe zamieszanie. Dodatkowo Marek gdzieś tam zabalował i został dyscyplinarnie usunięty z kadry. Wtedy Rybickiemu zaproponowano starty w wadze średniej. Jurek początkowo, i bardzo honorowo, nie chciał tego przyjąć. Ponadto średnia waga była dla niego... za ciężka. Ostatecznie jednak przekonał go trener Szczepan.

Już sam awans do kadry olimpijskiej w takich okolicznościach to wyczyn nie lada.

- Dla mnie pokonać mistrza olimpijskiego i wywalczyć w ten sposób przepustkę na zawody w Moskwie, to była wielka sprawa. Prócz pokonania Jurka, musiałem zostać mistrzem Polski, obijać się i wygrywać na turniejach międzynarodowych. Niemal cały czas byłem poza domem, bo jeździłem od zgrupowania do zgrupowania. A to Wisła, a to Zakopane, Cetniewo... Muszę przyznać, że to nie było dla mnie łatwe, bo żona była wysoko w ciąży i tuż przed moim wyjazdem na igrzyska na świat przyszedł nasz syn. Czasy były inne niż teraz, nie można sobie było ot tak wyjechać ze zgrupowania. Myślę, że cały miesiąc byłem w stresie... poporodowym, choć przecież odnosiłem same sukcesy, do których narodzenie syna też oczywiście zaliczam. Tęsknota za rodziną była jednak wielka.

23 lipa 1980 roku został pan pierwszym w historii sportowcem z jastrzębskiego klubu, który wystąpił w igrzyskach olimpijskich. W 1/16 finału kategorii lekkośredniej zmierzył się pan z bardzo trudnym rywalem.

- Przegrałem w pierwszej walce, ale mój rywal – Armando Martinez z Kuby – został później mistrzem olimpijskim. Wiadomo, że Kubańczycy byli wtedy potęgą. Zdobyli aż sześć złotych medali, dwa srebrne i dwa brązowe medale. W 10 na 11 kategorii. W tej walce nie czułem się przegrany, zresztą trzech z pięciu sędziów wypunktowało remis, a w takim przypadku decydowało wskazanie. Wszyscy wskazali Martineza i stąd werdykt 5:0 dla niego. Publiczność moskiewska skwitowała ten wynik walki gwizdami. Do dziś mam wycinek z „Przeglądu Sportowego” z wypowiedzią Martineza, który dwie z trzech następnych walk wygrał przez nokaut, a dopiero w finale 4:1 z zawodnikiem radzieckim. Kubańczyk powiedział, że tylko w jednej walce na tym turnieju nie był pewien, nawet nie wierzył w zwycięstwo. Z Polakiem Gosiewskim. To był dla mnie dodatkowy splendor, choć wróciłem bez medalu. Tylko z „Miszką”, czyli maskotką olimpijską.

Jakie Pan zareagował, gdy okazało się, że Pana rywalem będzie tak świetny pięściarz?
- Przed losowaniem nasz legendarny masażysta, Stanisław Zalewski, który zawsze podczas losowań przynosił szczęście, zapytał każdego z nas, kogo chcielibyśmy wylosować. Powiedziałem: „Panie Stasiu, ja poproszę najlepszego, bo z najlepszymi trzeba wygrywać”. Pan Staszek przyszedł po wszystkim i powiedział, że tylko jeden wylosował tego, którego chciał. Już wiedziałem, że chodzi o mnie. Może z perspektywy czasu uważam, że mogło się to ułożyć inaczej. Bo raz, że walka z Martinezem mogła się potoczyć w obie strony, a dwa, że byłem typem zawodnika turniejowego. Potrafiłem się nakręcać i z walki na walkę boksować coraz lepiej. Z zawodnikami, którzy zdobyli wtedy medale, Czechem Frankiem i Niemcem Kästnerem, wygrywałem. Miałem już mocną pozycję, zresztą nie tylko ja, bo w kadrze było kilku takich zawodników.

Rzeczywiście trzeba przyznać, że nasza reprezentacja to była prawdziwa konstelacja gwiazd.
- Mieliśmy aktualnego mistrza świata, Heńka Średnickiego, też z GKS-u Jastrzębie. Jurek Rybicki był mistrzem olimpijskim, choć ze mną przegrał i startował w innej wadze. Kategorię półciężką trzymał mocno Paweł Skrzecz, a w średniej był jego brat, Grzesiu, który przegrał o medal z legendarnym Teofilo Stevensonem. Był też medalista olimpijski, Kaziu Szczerba. A „czarnymi końmi” mieli być Kaziu Adach i Gosiewski. Ja nie miałem takiej presji, jak niektórzy z wymienionych kolegów. A chyba trochę jej potrzebowałem.

Czy w dniu walki z Martinezem wszystko poszło tak, jak powinno?
- Nie do końca. Dopiero po latach, z perspektywy czasu, doszedłem do wniosku, że trochę niefortunnie dla mnie ułożył się ten występ. Walkę przede mną walczył bowiem w wadze lekkiej Kazimierz Adach, a ja wchodziłem do ringu zaraz po nim. Trener kadry, Czesław Ptak, z którym miałem bardzo dobrą relację, poszedł oczywiście z Kazikiem. Ze mną został Michał Szczepan. Nie tyle, że miałem z nim jaką złą relację, ale chemii między nami nie było. Już samo to, że rywalizowałem i wygrałem z jego zawodnikiem, czyli z Rybickim, nie było czymś dobrym. Nie chcę szukać jakichś usprawiedliwień po latach. Wierzyłem bowiem w siebie, byłem mocny. Gdy dziennikarz spytał mnie, czy podejmę z Martinezem otwartą walkę, to... złapałem go za fraki i podziękowałem za wywiad. Dziś pewnie byłaby z tego niezła afera. Ale nie można przecież zadawać takich pytań facetowi, który wygrał rywalizację z samym mistrzem olimpijskim. I pytać, czy podejmę walkę.

Jaki przebieg miał sam pojedynek?
- Na rozgrzewce ruszałem się, podchodzi trener Szczepan, a ja proponuję tarczę. On nie był zwolennikiem tarczowania. Spytał tylko, czy się dobrze czuję. Ja na to, że oczywiście. Trener podchodzi drugi raz i ponawia pytanie. Nie ukrywam, że trochę mnie to zirytowało i nie było dla mnie budujące. Jasne, że trener też się stresuje. Sam wiele lat byłem trenerem i wiem, jak to jest. Podejrzewam jednak, że gdybym był wtedy z trenerem Ptakiem, to ta walka potoczyłaby się inaczej, choć do dziś uważam, że zaprezentowałem się bardzo dobrze. Pierwsza runda była wyrównana, w końcówce inicjatywę przejął Kubańczyk. Druga odsłona była remisowa, a w trzeciej byłem zdecydowanie lepszy. Czułem się zwycięski, w wywiadzie powiedziałem nawet: „K..., ja tej walki nie przegrałem”. Pozwoliłem sobie zatem na przekleństwo. (Przez całą, godzinną rozmowę, po której powstał ten wywiad, Zygmunt Gosiewski ani raz nie użył wulgarnego słowa – dop. Red.)


Na igrzyskach w Moskwie zdobyliśmy pięć medali, ale nie było złota i przez niektórych ten występ został uznany za rozczarowujący.
- Zapamiętałem dobrze sytuację z Jurkiem Rybickim, który w wadze średniej miał zmierzyć się w półfinale z radzieckim pięściarzem, Wiktorem Szwczenką. To był jego wielki rywal, który dwa lata wcześniej, na MŚ w Belgradzie, ciężko Jurka znokautował. Trenerzy stwierdzili, że po takim czymś trzeba oddać walkę walkowerem! Rybicki się sprzeciwił i powiedział, że to on podejmie decyzje. Powiedział, że zobaczy, jak będzie spał, czy nie będzie miał koszmarów. Rano wstał i powiedział, że idzie na walkę. Mało tego! Jurek walczy znakomicie, naprawdę fantastycznie i wygrywa tę walkę, a ja miałem dodatkową satysfakcję, że przecież wygrałem z nim rywalizację w niższej wadze. To naprawdę wspaniała historia, ale też dla Jurka smutna, bo był świetny. Tylko kontuzja łuku brwiowego wyeliminowała Rybickiego go z finału.  Prawda, po igrzyskach mówiono, że nasza kadra zaprezentowała się w Moskwie słabo. Ale przecież my zdobyliśmy pięć medali! Srebrny Pawła Skrzecza, a to – po walce finałowej z Jugosłowianinem Kačarem – powinno był złoto, i cztery brązowe.
 

Jaki wpływ w walce o olimpijski paszport miało to, że trafił Pan do GKS-u Jastrzębie. Przypomnijmy, to było w 1979 roku, na rok przez igrzyskami.
- Bardzo duży. Dołączenie do Jastrzębia było dla mnie nie lada wyzwaniem, choć pozycję miałem już ugruntowaną, bo byłem młodzieżowym mistrzem Polski. Wygrywałem z bardzo mocnym zawodnikiem, Mirkiem Kuźmą. Z Knurowa sprowadził mnie do Jastrzębia, jako młodzieżowego mistrza Polski, trener Antoni Zygmunt, choć wcześniej miałem propozycję z Carbo Gliwice. Miałem już tam załatwione mieszkanie, etat na kopalni i podpisaną umowę wstępną. Przyjechali jednak do mnie osobiście trener Zygmunt i jego asystent, Kazimierz Rochalski. Pan Antek mówił, krótko, zasadniczo, twardo stawiał sprawę, żebym przeszedł do Jastrzębia. Przekonywał, że u niego trenują Średnicki, mistrz świata, Biegalski, mistrz Europy. Ja wiedziałem, że będę miał rywalizację,  bo w wadze lekkośredniej byli dobrzy zawodnicy. Bolek Nowik i Marek Rusek – to była krajowa czołówka. By boksować w lidze najpierw musiałem okazać się lepszy od nich. Lubiłem wyzwania, stawiałem na sport, chciałem się rozwijać. To mi Jastrzębie gwarantowało i na to się zdecydowałem. Zresztą trener Zygmunt miał po pierwsze rękę do boksu, ale miał też niesamowitą charyzmę i siłę przebicia. Gdy wskazał jakiegoś zawodnika, to klub mu go ściągał.

Przegrzebując prasowe archiwa można natknąć się na informację, że nie dwóch, czyli Pan i Henryk Średnicki, ale czterech pięściarzy GKS-u Jastrzębie mogło pojechać do Moskwy? Czytamy, że Andrzej Danielak utracił szansę ze względu na postawę niegodną sportowca...
- Andrzej był medalistą mistrzostw Polski juniorów i młodzieżowców. To był wyjątkowo uzdolniony chłopak, szalenie utalentowany. Walczył o nominację ze Sławkiem Zapartem, to Sławek został mistrzem, a Andrzej wicemistrzem Polski. Zapart zresztą też na igrzyska, w wadze koguciej, nie pojechał, bo ostatecznie nominację dostał Ryszard Czerwiński mistrz Polski w... wagi muszej. Ale, z kolei, w muszej był Średnicki. Zaczęły się pewne układanki. A co do Andrzeja, no cóż. Poszedł na dyskotekę i wrócił później. Wtedy Danielak nie był chłopakiem, który nadużywałby czegokolwiek, był bardzo pracowity. Ale został odstawiony na boczny tor i do Moskwy nie pojechał.

A jak to było naprawdę z Leszkiem Czarnym?
- Leszek był królem nokautu i miał bez kwestii miejsce w kadrze olimpijskiej, a już na pewno, by o ten paszport walczyć. Wygrywał przed czasem z Kazikiem Szczerbą, medalistą olimpijskim z Montrealu, którego trenerzy przed Leszkiem wręcz chronili! Przesuwali go nawet z wagi lekkopółśredniej do półśredniej. Czarny był fighterem, a z udziału w igrzyskach wyeliminowała go poważna kontuzja ręki. Przez to nie było go z nami na zgrupowaniach, nie walczył w sparingach. Ale rok później został mistrzem Polski i razem pojechaliśmy na mistrzostwa Europy do Tampere.

A czy wspomnianej kontuzji nie doznał przypadkiem w... „Zdrojowej”, gdy zaczepiony przez kogoś przypadkowo trafił w ścianę, miast w szczękę?
- Co mogę powiedzieć (śmiech)? Coś tam było, coś obiło mi się o uszy. Podobno było jakieś zdarzenie, ale trudno jest mi to opisywać, bo nie byłem świadkiem tej sytuacji.

Już po igrzyskach nastąpiły trudne czasy. Najpierw Sierpień 1980, a następnie Grudzień 1981 roku.
- 1981 rok zbiegł się z moimi dalszymi sukcesami, bo na mistrzostwach Europy w Tampere zdobyłem brąz. Przywiozłem zatem medal, ale wtedy zaczęła robić się trudna sytuacja finansowa i klub, trochę z obowiązku, ale tylko symbolicznie za to wynagrodził. Zresztą zaczęło się wtedy robić trochę nieprzyjemnie wobec nas, bo my byliśmy sportowcami i przychodziliśmy na kopalnię tylko po wypłaty. Dla niektórych nie było ważne, że osiągaliśmy sukcesy. Andrzeja Biegalskiego, jak poszedł po pensję, zdzielili nawet długą pałą. Mistrz Europy przyjął cios. Gdy wybuchły strajki w Grudniu, to nam najbezpieczniej było po prostu pójść na strajk, na kopalnię „Jastrzębie”. Byliśmy tam, z kolegami, dzień i noc, siedzieliśmy, graliśmy w karty. Dlatego, bo baliśmy się, że z domu mogą nas zwinąć. Chcieliśmy też pokazać ludziom, górnikom, że jesteśmy po tej samej stronie, bo naprawdę tak było, chcieliśmy się z nimi zintegrować. Dla nas ta sytuacja nie była komfortowa, bo niektórzy różnie o nas myśleli.

A jak wspomina Pan swój cały pobyt w Jastrzębiu? Wszakże spędził Pan u nas sześć lat, będąc zawodnikiem do 1985.
- Mój pobyt w Jastrzębiu, to były bardzo fajne czasy. Mieszkałem na Wrocławskiej 33, dwa bloki poniżej mieszkał Bolek Nowik, nieżyjący już niestety od bardzi dawna. Kolegowaliśmy się bardzo, razem nawet robiliśmy prawo jazdy. Muszę jednak przyznać, że po latach do Jastrzębia zostałem zaproszony tylko raz, na siatkówkę. I trochę przykro, że Jastrzębie o mnie zapomniało, że przez tyle lat byłem w klubie zawodnikiem wiodącym i odnosiłem dla niego sukcesy. Przecież pojechałem na igrzyska olimpijskie i zdobyłem brązowy medal mistrzostw Europy, zdobywałem medale mistrzostw Polski, wygrywałem wiele turniejów, krajowych i międzynarodowych. Razem z Heńkiem Średnickim byliśmy pierwszymi olimpijczykami w historii klubu, bo Andrzej Biegalski startował w Montrealu jeszcze jako zawodnik Legii Warszawa. Dla porównania powiem, że Knurów, gdzie zaczynałem, ale przecież znacznie większe sukcesy osiągałem w Jastrzębiu, zawsze o mnie pamięta i zawsze zaprasza na różne wydarzenia. A Jastrzębie? Oprócz tego, że panu się przypomniało, że jest gdzieś tam jakiś Gosiewski, żyje i jakoś się trzyma, to nie ma żadnego sygnału.

 

Rozmawiał Jakub Kubielas